Dzień Teatru Publicznego: feministyczny bełkot i męskie śpiewanie

Obchodzony po raz szósty 16 maja 2020 roku Dzień Teatru Publicznego organizowany przez Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego i Ministerstwo Kultury i dziedzictwa Narodowego miał charakter wyjątkowy. Z powodu zagrożenia koronawirusem wszelkie działania z nim związane przeniosły się do Internetu.

Scena ze spektaklu "Schwarzcharakterki". Fot. Magda Hueckel

Miało to ten dobry skutek, że osoby mieszkające w miejscowościach, gdzie teatru nie ma, mogły wziąć udział w wybranym spektaklu, a przy dobrej organizacji załapać się na kilka wydarzeń. Wybrałem dwa: w Kielcach i Rzeszowie. Teatr im. Żeromskiego w Kielcach pokazał swoją ostatnią, sprzed epidemii, premierę, jaką były „Schwarzcharakterki” Martyny Wawrzyniak w reżyserii Remigiusza Brzyka (plus dla dyrekcji teatru za udostępnienie aktualnego repertuaru). To niejako przedstawienie zastępcze, bowiem teatr chciał zrealizować spektakl „Ocalisz życie, może swoje własne” na podstawie opowiadań Flannery O’Connor. Nie uzyskał jednak praw autorskich do inscenizacji. By jednak nie rezygnować z nowej premiery, na dodatek traktującej o problemach kobiet stworzono właśnie „Schwarzcharakterki” – Martynie Wawrzyniak pomogła Daria Kubisiak i tak na scenie kieleckiego Żeromskiego zaistniały cztery kobiece „czarne charaktery” i dwa jednorożce. Przez półtorej godziny widz słucha monologów pań, które coś denerwuje i doprowadza do gniewu. Na dłuższą metę te teksty, mające pewnie ambicję jakiegoś damskiego, by nie powiedzieć: feministycznego manifestu, buntu przeciwko niesprawiedliwemu traktowaniu płci nadobnej, stają się nużące i jałowe pod względem intelektualnym. Ich niby filozoficzne nabzdyczenie sprawia problem nawet wygłaszającym je aktorkom (a są wśród nich: Anna Antoniewicz, Dagny Dywicka, Ewelina Gronowska i Zuzanna Wierzbińska, mogące się wszak pochwalić niejedną kreacją na kieleckiej scenie), dlatego niezbędna jest kilka razy pomoc suflerki. Ożywienie publiczności wywołują jedynie mocne wulgaryzmy padające z ust aktorek. Niewiele, zgoła nic, żadne przesłanie nie pozostaje w pamięci widza po obejrzeniu tego nieudanego spektaklu. Dużo więcej na ten temat współczesnych kobiet powiedziało "Poskromienie złośnicy" Szekspira przygotowane przez Teatr im. Fredry w Gnieźnie, też pokazywane niedawno w sieci.

Mateusz Mikoś, Robert Żurek i Michał Chołka. Screen: KK

Znakomitą odskocznię od tego pseudo awangardowego przedstawienia zaproponował Teatr im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie. Na jego Dużą Scenę wprowadził wirtualnych widzów Marek Kępiński, pełniący w spektaklu-koncercie „Nie całuj mnie pierwsza” rolę konferansjera. Jako jedyny zasiada na pustej widowni Siemaszkowej, przedstawiając poszczególne utwory wykonywane przez jego kolegów aktorów. Składające się z eleganckich przystojniaków: Michała Chołki, Mateusza Mikosia i Roberta Żurka trio śpiewa utwory z aktualnych i archiwalnych spektakli rzeszowskiego teatru, m.in. „Romantyzm – nowe oczyszczenie”, „Ermida albo królewna pasterska”, „Wielka woda”. A jako że premiera tego widowiska odbyła się w walentynkowy wieczór, podczas 26. Rzeszowskich Spotkań Karnawałowych, większość piosenek traktuje o miłości. Są więc „Tulipany”, „Ach, te baby”, „Umówiłem się z nią na 9”, „Cukierki dla panienki”, „Nie opuszczaj mnie”, ale także „Wspomnienia” Cohena, „Kryzysowa narzeczona” Lady Pank, „King Bruce Lee karate mistrz” Franka Kiomono czy pieśni Amintasa i Filandra ze sztuki Stanisława Herakliusza Lubomirskiego. Panowie doskonale dają sobie radę z niełatwymi niekiedy utworami, bardzo dobrze brzmią solo i w tercecie. Ba, nawet pogrywają na grzechotkach!. Na pianinie towarzyszy im natomiast Tomasz Jachym. Znakiem czasów, w jakich odbywa się ich występ (na żywo, sic!) jest drewniana metrówka odmierzająca przepisowy odstęp między mikrofonami i maseczki na twarzach wykonawców – te ostatnie na szczęście tylko we fragmencie pierwszej piosenki. W sumie, odprężający, relaksujący, kulturalny wieczór w teatrze, czyli jakby powrót do jego korzeni.

 

Komentarze